Gate do którego się udałam w Doha tuż przed odlotem do
Kantonu był typowo chińsko-hindusko- wietmasko-niewiemjaki w każdym razie na
pewno byłam tam jedyną osobą płci żeńskiej nie pochodzącą z Azji + kilku panów
pochodzących z Europy. Wtedy poczułam się po raz pierwszy podczas tej podróży
bardzo Chińsko. Wsiadłam do samolotu przy okazji tracąc trochę nerwów gdyż nie
wiele brakło a na lotnisku w Doha zostałby mój aparat. Zmęczona długą
aczkolwiek świetną przerwą transferową poszłam spać i obudziłam się pół godziny
przed lądowaniem w Guangzhou.
Wracając jeszcze do linii lotniczych czyli Qatar airways
polecam wszystkim serdecznie! Co do drugiej części podróży (Doha->
Guangzhou) powiedzieć mogę niewiele gdyż spałam całe 7 h i szczerze mówiąc
nawet nie przebudziłam się gdy rozdawali jedzonko, ale....
Pierwsza część wyglądała idealnie tak jak powinien wyglądać
lot. Pierwszy raz najadłam się w samolocie i to ze smakiem! Chętnie
spróbowałbym dań serwowanych w I klasie. Obsługa starająca się sprostać
wymaganiom wszystkich pasażerów ciągle przewijała się między siedzeniami
przynosząc kolejne napoje itp. Tak powinny wyglądać linie lotnicze i samoloty
latające przynajmniej na dalekie trasy.
Doleciałam do Guangzhou i zobaczyłam tak przeładowane
lotnisko, że gdybym tego nie przeżyła ciężko byłoby mi uwierzyć. Było chyba
gorzej niż na dworcu Kleti w Budapeszcie po przyjeździe fali uchodźców. Tłum
wychodzący z samolotu po prostu w pewnym momencie się zatrzymał i stał tak za
setkami innych oczekujących do wyjścia oraz transferu. Co ok. 10/15 minut do
odprawy paszportowej przepuszczane były kolejne sektory na które taśmy dzieliły
kolejkę. I tak zanim udało mi się załatwić tą część minęła ponad godzina!
Pomijając fakt że zanim dostałam się do taśmy bagażowej od wyjścia z samolotu
minęła ponad godzina na walizkę czekałam kolejne 30 minut. Z minuty na minutę
mój strach rósł! Tysiące myśli przebiegało po mojej głowie co jeśli ja
poleciałam w jedną stronę a walizka gdzieś na drugi koniec świata?
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i mogłam ruszyć w
poszukiwaniu Deng. Deng to chinka, która opiekuje się mną podczas mojej
wymiany.
| Pierwsze zdjęcie z Chińskim człowiekiem. Deng nie mogłam odmówić :) |
50 minut w taksówce i udało nam się dotrzeć na kampus. Mój poziom
podekscytowania wciąż rósł, aż do momentu w którym przekroczyłam próg pokoju...
| Podobno zdrowe na kręgosłup.... |
| Bierzesz prysznic, a kąpie się z tobą cała łazienka... |
Łzy stanęły mi w oczach, bo choć ze względu na fakt iż za akademik za cały semestr płacę 1000 zł i nie oczekiwałam nie wiadomo jakich
warunków nie spodziewałam się, że będę spać na deskach. Łazienka powiedzmy też
pozostawia wiele do życzenia ale tam spędzam kilka minut w przeciwieństwie do
łóżka. Pierwszy moment załamania. Przeszło mi przez myśl, że jak tak dalej
pójdzie to chyba wrócę jeszcze w tym tygodniu, ale później było już tylko
lepiej :)
Poszliśmy (Ja , Deng i Aron- kolega Deng) na zakupy.
| Aron od razu poprosił o zdjęcie po tym jak zrobiła to Deng choć początkowo oboje chyba nie mieli odwagi |
Kupiłam
pościel (oczywiście różową i słodziutką jak cukierek, ale innych nie ma).
"Materac" przypomina bardziej pokrycie na leżak do opalania niż
materac więc zobaczymy jak będzie się na nim spać (ubiegłej nocy dokuczał mi
jeszcze trochę jet-lag).
Potem było już Chińskie jedzenie! Jak myślicie ile
kosztowało?
| Kampusowa stołówka |
Całe 5 juanów (niecałe 3 zł). Mama zapytała się mnie jak
jedzenie! Powiem wam, że Chińsko! Co prawda jest lepiej z mięsem niż zakładałam
i choć pozostawia ono wiele do życzenia przynajmniej mam JAKIEŚ bo kabanosy
niedługo się skończą!
Jeszcze tylko, krótki spacer po kampusie, kilka kolejnych
formalności i przyjechała Agnieszka. Moja obecna współlokatorka. Jest z UEP-u
tak jak ja, ale leciałyśmy osobno gdyż tak na prawdę to poznałyśmy się (a
właściwie nadal poznajemy) dopiero tutaj.
| Czekając na Agnieszkę, wejście główne na kampus |
Przychodzimy do akademika a tu informacja, że ciepła woda
tylko w godzinach od 5 do 7 rano i od 21 do 23.30! Żartują?
Jednak nie!
| (od lewej) Lu i Monica- koleżanki Agnieszki z wymiany w Polsce |
Nowy dzień zaczęliśmy jeszcze polskim akcentem! Stopniowo
przyzwyczajamy się do jedzenia i na razie nie musimy jeść jakiś dziwności
chociaż na śniadanie.
Kolejny dzień przepełniony bieganiem i pierwsze zajęcia-
dużo chyba się tu nie nauczę. Śmie wręcz twierdzić, że mniej będę w tej szkole
niż mnie nie będzie tak więc postów na blogu na pewno nie zabraknie.
| Wnętrze wydziału Business Management |
| Uśmiechy szerokie bo zajęcia to pestka! |
| Zawsze marzyłam o szkole pod gołym niebem |
Udało nam się nawet trafić do całkiem niezłej restauracji.
Patrzę a tam kurczak zapiekany z bazylią i pastą pomidorową!!!! GENIALNIE.....
| Zapowiadało się, że to będzie moje ulubione danie przez najbliższy czas... |
Do czasu aż odkryłam, że kurczak podawany (pieczony,
doprawiany i wszystko) jest ze skórą! Ma tylko powyjmowane piórka.... i czar
trochę prysł, ale zjeść trzeba było. Poza tym przecież to mięso!
18 JUANÓW (ok. 10 zł). Nie jest najgorzej przecież jedzą tu
wszystko co ma cztery nogi ale nie jest stołem, wszystko co lata ale nie jest
samolotem i wszystko co pływa a nie jest statkiem! Jakoś się przemogłam. Takich
odkryć będzie zapewne więcej!
Zaczęliśmy również starania o wizę, która da nam możliwość
wielokrotnego wjazdu do Chin! Oby wszystko poszło zgodnie z planem. Mamy
takiego dobrego ducha w grupie na którego mówią komputer- wszystko nam dziś
pomógł ogarniać więc liczę, że dzięki niemu wszystko nam się uda.
| Taki komputer to skarb :D |
| Kampusowa ulica (1) |
| Kampusowa ulica (2) |
Co ciekawe na kampusie mieszkają nie tylko studenci. Jest tu dużo dzieci, starszych osób. Wszyscy tworzą wielką społeczność. Ja byłam w szoku, nigdy nie pomyślałabym, że na kampusie oprócz studentów mieszkać może jeszcze ktoś inny.
| Miejsce do pogrania w karty lub innych gier, które starsi Chińczycy uwielbiają i spędzają w ten sposób dużo swojego wolnego czasu. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz